BIOGRAFIA - Międzynarodowy Festiwal im. Bernarda Ładysza

MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL BERNARDA ŁADYSZA
Przejdź do treści
BIOGRAFIA

ur 24 lipca 1922 roku zmr. 25 lipca 2020 roku
Bernard Ładysz - bas-baryton


Bernard Ładysz – Urodził się 24 lipca 1922 roku w Wilnie. Uzdolnienia muzyczne rodziców i braci – wszak wszyscy włącznie z nim samym byli członkami chóru Harfa, prowadzonego w okresie międzywojennym przez profesora i dyrygenta Jana Żebrowskiego – były w jego rodzinie powszechne. Jak widać, natura już od dłuższego czasu czyniła starania, by w genach naszego wybitnego artysty zawrzeć, zapisać to, co najlepsze. O poziomie wykonawczym wspomnianego chóru niech świadczy I miejsce, zdobyte w 1935 roku na Zjeździe Polskich Chórów w Warszawie. Można zatem wysnuć wniosek, iż nie tylko natura, ale i otoczenie starało się pilnie, by ten nieprzeciętny talent muzyczny i wokalny nie został zaprzepaszczony. Zresztą muzykowanie, wspólne śpiewanie, było dla rodziny Ładyszów czymś tak naturalnym, jak powszednie prace domowe – mieszkańcy Zarzecza często gromadzili się w domu Ładyszów w tym właśnie celu. W wydanej w 2006 roku przez krakowskie Collegium Columbinum książce Rzeka Bernarda Ładysza, będącej zapisem rozmowy z panią redaktor Marią Sierotwińską-Rewicką, artysta wspomina: „Każde imieniny czy urodziny, wszystkie święta, zawsze kończyły się wspólnym śpiewem” (s. 34). O ile IV rozbiór Polski, dokonany w 1939 roku przez okupanta niemieckiego i sowieckiego, nie wpłynął zasadniczo na losy rodziny Ładyszów, a w latach 1940–1941 nawet umożliwił rozpoczęcie edukacji muzycznej Bernarda, to już wojna niemiecko-radziecka zmusiła go do przerwania nauki. Wstąpił do partyzantki i przyjął pseudonim „Janosik”. O jego dokonaniach partyzancko - wojennych wspomina artykuł zatytułowany Bernard Ładysz – wileński bas, a zamieszczony w 37 numerze łódzkiego dwumiesięcznika „Kultura i Biznes” w 2007 roku. Dużo więcej o tych wojennych losach i przeżyciach możemy wyczytać ze wspomnień, opowiedzianych przez artystę w cytowanej już rozmowie z Marią Sierotwińską-Rewicką. Opisane tam zdarzenia i dramatyczne wypadki pozwalają daleko głębiej zrozumieć, czym się w życiu kierował i dlaczego był tak bezkompromisowy w osiąganiu artystycznego celu. Życie, które nie szczędzi trudu, głodu i chłodu, uczy, jak dążyć do wartościowych celów i jak zachować wierność zasadom.
Omawiając sylwetkę wspaniałego śpiewaka, stawiając ją za wzór naszym studentom i absolwentom, uwypuklamy także tę jego cechę. Doskonałość warsztatowa to niezbędne narzędzie, bez którego brakuje legitymacji do uprawiania sztuki. Ale doskonałość warsztatowa bez idei, bez intencji, bez wierności swojemu rozumieniu sztuki, to pusta zabawa, to Salieri, którego dziś nikt już nie słucha i nie gra, tylko pamięta, że szkodził Mozartowi.  Zacytujmy zresztą samego artystę: „A ja jestem normalnym człowiekiem. Artystą może i jestem, ale przy okazji. Bo ja jestem piekarz i aptekarz, człowiek, który piłował drzewa, robił buty, uciekał sprzed górki na rozstrzelanie, sprzed karabinów plutonu egzekucyjnego i przeżył kawał życia. W domu roli nie przygotowuję, nie kombinuję, tylko po prostu na scenie żyję.” Efektem wojennej zawieruchy było uwięzienie i pobyt w obozie pracy w Kałudze, miejscowości położonej nad Oką w pobliżu Moskwy. Los chciał, by w tym obozie znalazł się także wybitny polski dyrygent Henryk Czyż. Kiedy usłyszał śpiewającego Ładysza, zaprosił go do współpracy w założonym przez siebie zespole pod nazwą Zespół Żołnierzy Repatriantów „Kaługa”. Za zgodą władz obozowych mogli dawać koncerty w wybudowanej specjalnie do tego celu dużej ziemiance. Wkrótce zespół stał się sławny i zaczął koncertować po okolicznych kołchozach i sowchozach. Były nawet plany, by zaraz po wojnie wystąpił w Warszawie. Na przeszkodzie stanęła akowska przeszłość wszystkich, bez wyjątku, członków zespołu – na coś takiego władza sowiecka nie mogła pozwolić. Wspominając po raz kolejny akowską przeszłość, warto wspomnieć i zapamiętać osobę, która nauczyła Bernarda Ładysza, czym jest patriotyzm – Jego Mamę. Sam wspomina ją tak: „Była człowiekiem absolutnie jednoznacznym, bez cienia fałszu. Dla niej to, co białe, to było białe, a co czarne – czarne. Tak samo jednoznacznie odbierała świat – i dobro, i zło. Nigdy nie pozwoliła się sprzeniewierzyć podstawowym wartościom, to były sprawy niepodważalne. Polska, Wiara, Kościół. Tak prosto ujęte zasady ułatwiały życie, nie pozwalały na krętactwa i różne wybiegi. Dookoła zawirowania historyczne, naciski na zmianę myślenia, propaganda ateizmu, więzienia, a ona zamknęła świat w swoim sercu – czystym, nieskalanym”.
Do Polski, już okrojonej, bez Wilna, wrócił Bernard Ładysz w 1946 roku. Próby zaangażowania się do chóru Opery Warszawskiej zostały uwieńczone sukcesem w 1950 roku. W tym czasie śpiewał już jako solista Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. Słuchałem nagrań z tego okresu, a udostępnił mi je mój profesor Kazimierz Pustelak, którego też można na tych nagraniach usłyszeć; są tam zresztą i inni znakomici artyści operowi. Nagrania, o których mowa, obrazują nie tylko piękno głosu Bernarda Ładysza, lecz także, już w owym czasie znakomite, umiejętności wokalne. Jego studia wokalne w Wyższej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie prof. Wacława Filipowicza trwały zaledwie dwa lata (1946–1948). Jak mi to wpajał prof. Kazimierz Pustelak, wprowadzając mnie w arkana pedagogiki wokalnej, w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z głosem postawionym z natury, pierwszą zasadą pedagoga jest zasada lekarska primum non nocere (po pierwsze nie szkodzić). Należy się ograniczyć we wskazówkach wokalnych do niezbędnego minimum, a jedynie ukierunkowywać śpiewaka na problemy natury estetyczno-interpretacyjnej. O Bernardzie Ładyszu mówił zresztą prof. Pustelak zawsze z niezmienną sympatią jako o śpiewaku, który dostał w darze od Opatrzności wszystkie talenty: przepiękny, niezwykły głos, nieprawdopodobną muzykalność, pozwalającą rozumieć muzykę każdej epoki, każdego stylu, i wręcz „zwierzęce” umiejętności aktorskie. A nasz dzisiejszy gość honorowy o swojej edukacji muzycznej sam wypowiadał się tak: „Najwięcej zawdzięczam parze nieżyjących już muzyków: prof. Sergiuszowi Nadgryzowskiemu, pianiście, który nie uczył śpiewu, lecz muzyki i żądał ode mnie tylko jednego – ładnego śpiewania, drugim muzykiem był prof. Jerzy Gaczek. Szkoda, że zaczyna brakować takich ludzi. Z nimi wszystko można zyskać, a niczego nie stracić.”
W roku 1950 starania o angaż do Chóru Opery Warszawskiej spełniły się, ale zanim na dobre się tam zadomowił, już został solistą. Zadebiutował dwiema znakomitymi rolami, należącymi do żelaznego repertuaru największych partii basowych, rolą Księcia Gremina w operze Eugeniusz Oniegin Piotra Czajkowskiego i rolą Zbigniewa w Strasznym dworze Stanisława Moniuszki. Oba debiuty były nagłymi zastępstwami. Wchodził w role bez próby. W swoich wspomnieniach opisuje to następująco: „Tak to nagle jakoś wypadło, nie było czasu, dość, że w tych początkach kariery wychodziłem na scenę bez próby scenicznej, bez jakiejkolwiek próby. Wyszedłem i jakoś nie zginąłem. Było w tym wiele improwizacji, ale i szczerość, spontaniczność.”
Oba znakomite debiuty sceniczne przyćmiła wkrótce inna wielka partia, w której niepospolitą rolę grał wielki talent aktorski artysty, a była nią rola Mefista w operze Faust Charlesa Gounoda. Zdzisław Sierpiński opisuje tę kreację w artykule Ojciec i syn: „Nigdy nie zapomnę tego wieczoru w operze, kiedy na scenę wyszedł Mefisto. Ludzie zerwali się z miejsc i runęła burza oklasków. To było jeszcze w grudniu na Nowogrodzkiej i zaraz po nagrodzie zdobytej w Vercelli […]. I kiedy tamtego pamiętnego wieczora wszyscy się już na sali wyklaskali, kiedy usiedli na miejsca, artysta ryknął potężnie swoim basem o najszlachetniejszej barwie, wyjątkowej sile i ozdobionym do tego muzykalnością i kulturą muzyczną, a wszyscy słuchali jak urzeczeni! A i sam Bernard Ładysz był tego wieczora „na haju” i kiedy nagle skoczył, przy śpiewaniu kupletów o złotym cielcu, na wielką beczkę, to jego głos nie drgnął nawet na ułamek sekundy, gdy denko się pod potężnym artystą załamało, a on sam wpadł do środka, może tylko głos jeszcze bardziej rozjaśnił śmiech, jakby to cale zdarzenie rozbawiło pana Mefistofelesa z Fausta Gounoda.”
 Wdarłszy się przebojem na polskie sceny operowe, Bernard Ładysz szybko wspiął się na sam szczyt hierarchii, stając się niekwestionowanym królem basowego repertuaru. Kilka lat po debiucie nastąpiło wydarzenie, od którego zaczęła się międzynarodowa kariera Bernarda Ładysza. W roku 1956 wyjechał do Włoch, do miasta Vercelli, na kolejną edycję słynnego konkursu śpiewaczego i zdobył tam pierwszą nagrodę Il Primo Premio Assoluto. Wcześniej miał już w swoim dorobku zarówno pierwszą nagrodę na ogólnopolskim konkursie śpiewaczym w 1947 roku, trzecią nagrodę na festiwalu w Budapeszcie w 1949 roku i drugą nagrodę na festiwalu w Berlinie w 1951 roku. Dopiero jednak bezprecedensowy sukces w ojczyźnie opery sprawił, że drzwi do światowej kariery stanęły przed nim otworem. Z wielu ofert, jakie teraz posypały się ze wszystkich stron, wybrał angaż do Teatro Massimo w Palermo, gdzie śpiewał w Cyruliku sewilskim Gioacchino Rossiniego oraz Nieszporach sycylijskich i Don Carlosie Giuseppe Verdiego.
Przytoczę może kilka zdań z recenzji zagranicznych z tego okresu, zamieszczonych na okładce płyty z ariami artysty, wydanej przez Melodia Record Co. w Chicago:
• „Wszyscy byli zaskoczeni śpiewem Pana Ładysza w Nieszporach sycylijskich i Cyruliku. Zrobił znakomite wrażenie dzięki tak odmiennej interpretacji.” („Giornale di Sicilia”)
• „Silny głos Bernarda, mimo trudności w akcentowaniu, brawurowo wprost eksplodował w partii Don Basilia.” (Ubaldo Mirabelli, Palermo)
• „Bernard Ładysz, zdumiewający głos, jest odkryciem Teatro Massimo. Jego interpretacja partii Filipa była głęboka.” (Don Carlo al Teatro Massimo)
• Bernard Ładysz w partii Procidy ukazał wspaniały głos i ciepłą ekspresję.” (Arte e Mondanita, Palermo). (Ze archiwalnych zbiorów melomana Jacka Chodorowskiego z Krakowa.)
Występował z takimi sławami, jak Victoria de los Angeles, Antonietta Stella, Anita Cerquetti, Franco Corelli czy Giuseppe Taddei, Boris Christow, Nicolai Ghiaurov będąc równie znakomitym jak oni.
Brał udział w wielkim tournée zespołu po Niemczech, Szwajcarii i Austrii. Był rok 1959, kiedy swoimi występami zwrócił uwagę legendy dyrygenckiej owych czasów Tulio Serafina i w efekcie został zaangażowany do nagrania Łucji z Lammermooru Gaetano Donizettiego. Główne partie w tym nagraniu, dokonanym przez słynną wytwórnię Columbia, kreują Maria Callas, Piero Cappuccilli i Ferruccio Tagliavini.
Do współpracy z tą wytwórnią zaproszono go wkrótce powtórnie, do nagrania solowej płyty z ariami z oper Giuseppe Verdiego i kompozytorów rosyjskich. Szczęśliwie dla polskich melomanów, a zwłaszcza dla melomanów warszawskich, następne lata kariery scenicznej związał jednak z Operą Warszawską. To tu w roku 1960 odniósł kolejny wielki sukces, kreując tytułową rolę w operze Borys Godunow Modesta Musorgskiego. Była to jeszcze inscenizacja na deskach scenicznych Teatru Roma przy ulicy Nowogrodzkiej, gdzie mieściła się Opera Warszawska. Swoją kreację tej postaci kontynuował także w nowej inscenizacji w 1972 roku, już na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie, w nowej siedzibie Opery. Wcześniej jednak, w roku 1971, Ludwig Erhardt tak pisał na łamach „Kultury” w swojej recenzji po premierze spektaklu Il maestro di capella Domenico Cimarosy, również w Teatrze Wielkim w Warszawie: „Kreacja wokalno-aktorska Bernarda Ładysza jest bez porównania celniejsza od znanej dotychczas wersji telewizyjnej. Występuje on w roli dyrygenta orkiestry, dzieli zasługi z rzeczywistym kierownikiem muzycznym całego spektaklu […] i świetnie grającym […] zespołem instrumentalnym […]. Bernard Ładysz, wiadomo, ma wyjątkowo piękny głos i jest wybitnie muzykalny. Ponadto jednak obdarowany jest wrodzonym talentem scenicznym, zmysłem dowcipu i instynktem aktorskim, który podsuwa mu zawsze trafne środki zarówno dla stworzenia postaci Księcia Gremina, jak Króla Filipa, czy właśnie zabawnego i zadufanego Maestra, co płaci i wymaga. Jego wejście na scenę, konflikty z orkiestrą, trudności z dyrygowaniem, każdy ruch podkreślony świetnym kostiumem i najdrobniejszy grymas twarzy, wywołują szczerą radość widzów, którzy wreszcie bawią się bez owego żenującego uczucia, że znaleźli się na przedstawieniu dla przedszkolaków.” Powróćmy do Borysa Godunowa z 1972 roku. Recenzent teatru pisał o premierze m.in. te słowa: „Ładysz, największy powojenny polski bas, artysta, którego aktorstwo jest samą naturą, nie był w tym przedstawieniu ani śpiewakiem, ani aktorem. Był Borysem Godunowem – rosyjskim carem, władcą wielkiego formatu, a jednocześnie nieszczęśliwym człowiekiem, mocującym się z losem, ambicjami i problemami nie do rozwiązania. I kiedy w scenie śmierci wali się ze schodów– po widowni wieje prawdziwą grozą; zaciera się granica pomiędzy teatralną fikcją i rzeczywistością. Oglądamy wielki, autentyczny teatr i wielkiego artystę, który zagrał życiową rolę.”
Matka artysty równie dobrze oceniła jego drugiego Borysa. Śpiewak wspomina o tym w rozmowie z p. red. Grabowska, zamieszczonej w „Trybunie Ludu” nr 160 z roku 1974: „Moja matka powiedziała mi po ostatniej premierze: »przed laty byłeś Borysikiem, teraz jesteś Borysem«”. (Ze zbiorów Jacka Chodorowskiego.)  
 
A jak widział swoje aktorstwo sam Bernard Ładysz, kiedy go o to pytano? Oto fragment wywiadu, jakiego udzielił w roku 1977 „Przyznam się szczerze, że początkowo krępowałem się, wstydziłem występów w operze. O co chodzi? Otóż śpiewanie operowe już w samej istocie stanowi coś nienaturalnego, sztucznego. Aktor dramatyczny zachowuje się na scenie bardziej swobodnie, naturalnie, bo – wiadomo – ma rolę mówioną, a nie śpiewaną. Natomiast my musimy śpiewać to, co po prostu powinno się mówić. Dlatego wydajemy się sztuczni. […] Dlatego też dla opery, żeby złagodzić to wrażenie sztuczności, dobre aktorstwo jest sprawą kapitalną, nie mniej ważną niż muzyka i śpiew.”
Na Borysa Godunowa w wykonaniu Bernarda Ładysza przyjeżdżali do Warszawy melomani nie tylko z całego kraju, ale i z zagranicy. Widziałem i słyszałem Bernarda Ładysza w tej inscenizacji, w przepięknej scenografii Andrzeja Majewskiego. Widziałem go i podziwiałem także w Diabłach z Louden Krzysztofa Pendereckiego w reżyserii Kazimierza Dejmka. Chodziłem na te spektakle jako student Wydziału Wokalnego wtedy jeszcze Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Zresztą, kiedy przygotowywałem się do egzaminu na studia, słuchałem namiętnie nagrań Pana Bernarda, a szczególnie słynnej arii Skołuby ze Strasznego dworu. O innej wielkiej roli Bernarda Ładysza – Inkwizytorze w operze Don Carlos Giuseppe Verdiego – i o jego słynnym pojedynku z innym wielkim basem Nicolai Ghiaurovem krążą legendy. Ich wspólne śpiewanie miało miejsce i tu w Warszawie, i za granicą. W Don Carlosie śpiewał także z Borisem Christowem w Teatro di San Carlo w Neapolu, a z innym wspaniałym basem Cesare Siepi w teatrze w Parmie. Dowodzi to jednego – że Bernard Ładysz mierzył się z największymi bo do największych należał.
Osobną kartę kariery Bernarda Ładysza stanowią wykonania dzieł koncertowych Krzysztofa Pendereckiego, który przez długie lata powierzał mu partie basowe w swoich kompozycjach, dbając o to, by właśnie ten artysta występował na najważniejszych koncertach, że wspo- mnę tu o prawykonaniu Pasji wg św. Łukasza 30 marca 1966 roku czy o światowej prapremierze Te Deum. Ten ostatni koncert, pod dyrekcją kompozytora, dedykowany był Janowi Pawłowi II, a odbył się 27 września 1980 roku w Asyżu i był transmitowany przez Eurowizję. Wykonania muzyki Krzysztofa Pendereckiego przyniosły Bernardowi Ładyszowi nie tylko wiele uznania i sławy, lecz także satysfakcji. Wspomina je tymi słowy: „Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wziąłem do ręki nuty Pendereckiego, chciałem cisnąć nimi o ziemię. A potem okazało się, że ta muzyka szalenie mnie interesuje, choć nie jest łatwa dla wykonawcy […].  Śpiewałem Pendereckiego w kilkudziesięciu miastach […] publiczność wszędzie – rzecz zasta- nawiająca – przyjmuje tę muzykę znakomicie […]. Jest w muzyce Pendereckiego coś, co fascynuje publiczność. I nie tylko publiczność…” (Wywiad zamieszczony w „Kobiecie i Życiu” w lipcu 1974 roku; ze zbiorów Jacka Chodorowskiego).  Było więc tak, że każdy zagraniczny wyjazd z muzyką Krzysztofa Pendereckiego, czy to do dalekiej Australii, czy do trochę bliższego Iranu, Rzymu, Londynu, Aten, Bejrutu czy Paryża, dokumentował i wzbogacał katalog sukcesów artysty.
Nie sposób zatem nie docenić wielkiej roli naszego honorowego gościa jako ambasadora polskiej muzyki i polskiej kultury za granicą. Osobiście miałem szczęście występować wspólnie z Panem Bernardem Ładyszem, już jako solista Teatru Wielkiego w Warszawie, w dwóch spektaklach: Skrzypku na dachu Jerry’ego Bocka i w Krakowiakach i góralach Wojciecha Bogusławskiego. W pierwszym spektaklu kreował partię Tewjego Mleczarza, w drugim Miechodmucha. Wspominam o tym nie dlatego, by się tym pochwalić – choć nie ukrywam, iż poczytuję to sobie za zaszczyt – ale dlatego, że dzięki temu miałem okazję poznać Pana Bernarda osobiście i posłuchać jego barwnych opowieści.
Zobaczyć, jak przeżywa swoją rolę, jak jest ona dla niego ważna, jak trudno jest mu znieść nawet najmniejszy kompromis pomiędzy rzeczywistością sceniczną a ideałem, który sobie wymarzył. Właśnie w tej jego bezkompromisowości w pojmowaniu sztuki wokalno-aktorskiej upatrywałbym głównej przyczyny tego, nad czym wielu sobie łamało głowy, czyli odpowiedzi na pytanie, dlaczego artysta o tak wielkim formacie, o tak nieprzeciętnych kwa- lifikacjach, nie zrobił kariery światowej, godnej największych legend operowych. Śpiewał z nimi i równał się z nimi swą sztuką wokalną – świadczą o tym i recenzje, i relacje naocznych świadków. My sami możemy to zaświadczyć, bo słyszeliśmy i słuchamy jego nagrań. Dlatego wiemy, że mógł był i powinien zagościć na stałe w wielkich wytwórniach płytowych, mógł był i powinien na stałe śpiewać w Metropolitan Opera House w Nowym Jorku czy w La Scali w Mediolanie. Że tak się nie stało, można by wymienić wiele przyczyn, takich jak choćby panujący w kraju jedynie słuszny ustrój socjalistyczny, który niejednemu niepokornemu artyście złamał karierę, jak małostkowość ludzi zawistnych, jak zwyczajny pech, niekorzystny zbieg wydarzeń. Można by do tego katalogu zaliczyć także i tę właśnie niepokorną naturę artysty, który nie znosił, kiedy go traktowano przedmiotowo, i był człowiekiem, który nade wszystko ukochał swoją artystyczną i życiową niezależność. Na końcu można sobie jednak zadać pytanie, czy są to rozważania potrzebne. Bo też warto skonstatować, że gdyby zrobił tę największą z największych karier, godną jego wspaniałego głosu i talentu, to nie mielibyśmy szansy usłyszeć go tu, w Warszawie, na żywo, zakochać się w jego śpiewaniu i w jego kreacjach, a on nie miałby szansy, by nas dotknąć swoją Sztuką, by nas zaczarować i dać nam najlepszą cząstkę siebie.

 Tym samym mówimy i wskazujemy, że my, profesorowie Akademii Muzycznej, stawiamy Pana za wzór naszym studentom i absolwentom. Niech, słuchając Pańskich nagrań, nie ustają w doskonaleniu swojego warsztatu wokalnego. Niech wytrwale i bezkompromisowo poszukują prawdy wypowiedzi. Niech służą swoją sztuką i poprzez to służenie, jako artyści, niech zawsze zachowają czystość intencji. Intencji zarażania pięknem, wyrażonym śpiewem.
Prof. Ryszard Cieśla (obszerne fragmenty Laudacji)
UWAGA: Fundacja i Autor projektów zastrzegają sobie, na zasadzie wyłączności, wszystkie prawa związane z koncepcją zamieszczonych koncertów i projektów, realizacją ich treści programowych i artystycznych oraz ich rozpowszechnieniem na wszystkich polach, biorąc jednocześnie całkowitą odpowiedzialność prawną i cywilną za realizację projektu. (Dz. U. z 2016 r. poz. 296 i 1579), Dz. U. z 2016 r. poz. 666, Dz.U. 1994  Nr 24 poz. 83 tj. Dz.U. 2017 poz. 880 - Brzmienie od 16 maja 2016, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.)
Międzynarodowy Festiwal im. Bernarda Ładysza
Tel.: ( +48) 728 987 144,
05-079 Okuniew, ul. Wiosenna 4
e-mail: biuro@ladyszfestiwal.pl
Projekt i wykonanie ACZŁ 2026  - Wszytkie prawa zastrzeżone.  
Wróć do spisu treści